Zachwycony czy wstrząśnięty?

„(…) gdyż cały tłum był zachwycony Jego nauką. ” Mk 11, 18

To zdanie z dzisiejszej liturgii zrodziło we mnie dwa pytania.
Pierwsze: Czy jeszcze potrafię zachwycać się słowami Jezusa? Tak jak czymś nowym, niesłychanym, wspaniałym? Czy już mi tak spowszedniały, że nie robią na mnie specjalnego wrażenia? Przecież od lat je słyszę, czytam, nawet rozważam… A przecież Ewangelia to najpiękniejsza, najlepsza, najwspanialsza nowina! Właśnie: Nowina (Dobra)!
Drugie pytanie związane jest z innym tłumaczeniem tego zdania. Według R. Brandstaettera brzmi tak: „Albowiem wszystek lud wstrząśnięty był Jego nauką.”
W Ewangelii można znaleźć wiele słów Jezusa głoszących miłość Boga, przynoszących radość, dających nadzieję… Dobrze się ich słucha, czyta, nawet zapamiętuje. Mogą budzić zachwyt.
Ale co ze słowami napominającymi czy wręcz grożącymi? Takich też nie brakuje. One zachwytu nie budzą. Raczej chyba skłaniają do omijania ich. A nie chodzi o to, żeby wybierać tylko to, co wprawia w dobre samopoczucie. Jezus przyszedł, żeby mnie (nas) zbawić.  Nieraz więc musi tak powiedzieć, żeby mną potrząsnąć. Niekiedy muszę przeżyć niemały szok, żeby zobaczyć siebie w prawdzie, otrząsnąć się, zapragnąć zmiany.
Dobrze, że Jezus mówi słowa, które mnie zachwycają i takie, które mną potrząsają.
PS. Bywa chyba i tak, że te same słowa u jednych wzbudzą zachwyt, a innymi potrząsną 😉