Rekolekcje ignacjańskie 2017

REKOLEKCJE IGNACJAŃSKIE W ŻYCIU CODZIENNYM „PÓJDŹ ZA MNĄ” 5.03 – 2.04.2017
Rozpoczynałam rekolekcje według określenia Papieża Franciszka „na kanapie”, a może byłam jak Mojżesz w kraju Madian albo Eliasz pod janowcem. Chyba to ostatnie porównanie najlepiej oddaje mój stan ducha – uciekałam od posługi, chroniłam się przed rozczarowaniami czy zranieniami. Powody nie były tak poważne jak u proroka – nikt nie czyhał na moje życie 😉 – ale dla mnie samej były wygodnym usprawiedliwieniem. Nie miałam ochoty angażować się także w obawie przed ośmieszeniem, że zrobię coś bez sensu – jak Mojżesz, który popędził owce na pustynię zamiast na pastwisko. (Swoją drogą to bardzo ciekawe, dlaczego tak zrobił?) Ale dla Boga każde miejsce jest dobre, każde może być ziemią świętą, nawet moja kanapa. To właśnie tutaj spotkałam Boga, siedząc i medytując Jego słowa. A On działał. W przedziwny sposób tegoroczne rekolekcje splotły się z moim życiem. Pan coś w nim czynił, a w rozważanych tekstach wyjaśniał. Albo do czegoś zachęcał i zaraz stawiał w sytuacji, gdzie słowo stawało się wydarzeniem. Pan dotykał w każdej medytacji bardzo osobistych spraw. I nawet teksty rozważane w mojej wspólnocie, czytania z liturgii dnia czy artykuły, które akurat „wpadły w oko” – to wszystko wpisywało się w Boży plan dla mnie na ten czas. Pięknie, logicznie układało się w drogę.
Wyruszyłam w nią trochę zawstydzona przez Abrama – bo przecież był starszy ode mnie, nie bał się ryzyka, poszedł w ciemno, nie wiedząc dokąd. Najpierw wędrowałam z Eliaszem – to był powrót do opuszczonych kiedyś posług, zadań. Szczególnie do jednej Pan zachęcił bardzo wyraźnie słowami, które wypowiedział z kolei do Jeremiasza. Następny etap przeszłam z uczniami wędrującymi do Emaus – tutaj spotkałam Jezusa, który towarzyszy nam i chce być w każdej naszej relacji. Przypomniały się słowa, jakie powiedział Jonatan do Dawida: „Oto Pan między mną a tobą na wieki.” (1 Sm 20, 23) Tylko wtedy relacja będzie dobra, jeśli między mną a drugą osobą będzie Bóg – to była bardzo ważna lekcja. Ale wrócić z Emaus wcale nie był łatwo. Przez szereg dni – pomimo trzech wykonanych powrotów – czułam, że jeszcze na dobre stamtąd nie wyszłam, że jeszcze tam „jedną nogą” tkwię tam. Nie rozumiałam dlaczego. I zupełnie nie wiedziałam, dokąd mam jeszcze wrócić albo w jaką nową drogę się udać. Spodziewałam się, że Pan Bóg dokładnie określi mi cel wędrówki. A On najpierw pokazał, co mnie tam trzyma – to było właśnie „A myśmy się spodziewali” – ja się też spodziewałam, że… A potem rozczarowanie, że nie dzieje się tak, jak ja chcę. Bóg pokazał to i uleczył, uwolnił od tego uczucia. Mogłam już wyruszyć. Ale dokąd? Podczas ostatniej medytacji dostałam odpowiedź: Idź do ludzi – poranionych, zagubionych, nieszczęśliwych… idź, nieś radość, czyń miłosierdzie jak Samarytanin, jak Jezus, który z takimi ludźmi ucztował.
A więc układanka gotowa – każdy element odnalazł swoje miejsce. Dla mnie wygląda to tak:
– przede wszystkim wykonaj drogę do siebie, do swego wnętrza, poszukaj Boga w swoim sercu
– posłuchaj, do czego powołuje – zadbaj o czas pustyni, żeby usłyszeć (pewnie nie będzie ognistego krzaka, ale Pan na pewno odpowie)
– wstań i wyrusz odważnie, w zaufaniu do Boga
– zaangażuj się (czyń miłosierdzie każdemu – nie tylko przypadkowo spotkanym ludziom, ale także przyjaciołom, znajomym – nowym i tym znanym od dawna, może trochę zapomnianym)
– niech Bóg zawsze będzie w relacjach, niech będzie pomiędzy tobą a inną osobą
– miej świadomość, że na drodze mogą być przeszkody, próby, może trzeba będzie złożyć ofiarę (taką jak Bóg zaproponuje) – nie bój się tego
– ciesz się tą wędrówką, życiem; nie skupiaj się na brakach (jak synowie miłosiernego ojca), dostrzegaj to, co masz, czym Bóg cię obdarował i dziękuj!
Dziękuję więc Panu Bogu za wszystko, co pokazał i uczynił podczas tych rekolekcji i za to, co będzie się działo dalej, bo przecież to nie koniec, to dopiero początek nowego etapu wędrówki. Właśnie dziś rozpoczynają się Misje Parafialne w mojej parafii – więc Pan na pewno poprowadzi dalej!