Mój Tata

Pragnę opowiedzieć o tym, co zmieniły w moim życiu Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy w Duchu Świętym (REO), które przeżyłam na wiosnę 2006 r.

Wychowałam się w rodzinie katolickiej, od dziecka wypełniałam praktyki religijne. Dużo modliłam się i uważałam siebie za osobę bardzo wierzącą. Inni też tak mnie spostrzegali. Na pozór wszystko było w porządku, ale gdzieś tam wewnątrz, w głębi serca chwilami rodziło się pytanie, dlaczego, modląc się dużo za innych, nie potrafię prosić Pana Boga o coś dla siebie. Nie umiem określić momentu, kiedy dokładnie się to zaczęło ani z jakiego powodu. Możliwe, że to był taki dziecinny bunt – reakcja na niespełnioną przez Pana Boga prośbę, kiedy to zacięłam się i „jak nie, to nie, nie będę Cię o nic więcej prosić”.
Na dodatek uspokajałam siebie i wmawiałam innym, że przecież nie jestem godna, bo jestem taka słaba, grzeszna, byle jaka, pełna braków.
Mówiłam też, że nie mogę prosić o więcej, bo tak dużo już otrzymałam. Ale gdyby ktoś zapytał, co takiego otrzymałam, pewnie niewiele bym potrafiła wymienić. To był tylko taki slogan, żeby inni uważali mnie za taką szlachetną osobę, która o nic nie prosi dla siebie, za to dużo modli się za innych.

Tak było do momentu rekolekcji. Wtedy Pan Bóg otworzył mi oczy, pokazał, gdzie tkwił mój problem. Zrozumiałam, że pod tą maską, którą sobie założyłam, kryła się pycha w postaci takiej samowystarczalności: „ja sobie poradzę, Ty mi, Panie Boże, nie musisz nic dawać, Ty się zajmuj innymi ludźmi, innym dawaj Swoje dary”.
Uświadomiłam sobie, że ja ani Boga nie traktowałam jako mego Ojca, ani sama nie czułam się Jego dzieckiem.

W odpowiedzi Pan Bóg obdarował mnie tak ogromną miłością, że wszystko się odwróciło o 180 stopni. Zdjął ze mnie maski, uzdrowił moje spojrzenie na siebie i na Niego. Już nie dręczę się tym, że jestem niegodna. To jest prawda, bo przecież żaden człowiek nie jest godzien tego wszystkiego, co otrzymuje, ale Pan Bóg daje za darmo, z miłości. I nie ma nic do rzeczy moja postawa godności czy niegodności. Nie o to tutaj chodzi.

Teraz nie licytuję się, czy dostałam mało czy dużo. Przecież wszystko co mam, jest Jego darem, poczynając od tego, że w ogóle istnieję.
Pan Bóg uleczył moje przekonanie, że sama sobie poradzę, że nie potrzebuję Jego darów, Jego pomocy. Przeciwnie – bez Niego nic nie potrafię, wcale sobie nie radzę, nawet z najprostszymi sprawami. Do wszystkiego potrzebuję Jego błogosławieństwa i pomocy.
Tego wszystkiego jestem świadoma, ale to nie znaczy, że nie mogę prosić Pana Boga o to, czego potrzebuję.
Pan Bóg zdjął blokadę, przełamał moje opory przed zwracaniem się do Niego we własnych sprawach. Teraz mówię Mu o swoich troskach, kłopotach. Proszę o dary duchowe, ale także i o materialne, zwracam się w ważnych sprawach, ale także w takich zwyczajnych, codziennych. Z pełnym zaufaniem proszę o to, czego potrzebuję i o czym marzę. Nie muszę zresztą nic mówić, On i tak wszystko wie i daje nawet, gdy nie proszę – przecież zawsze tak było. Ale sprawia mi ogromną radość zwracać się do Niego ze wszystkim, czym żyję. Myślę, że Pan Bóg też się cieszy, gdy do Niego się zwracam; tak, jak każdy tata (czy mama), gdy dziecko biegnie i prosi o pomoc. To świadczy o zaufaniu.
Wiem, że On mnie cierpliwie słucha i daje to, co jest mi najbardziej potrzebne. A jeśli nie daje tego, o co prosiłam, przyjmuję to spokojnie, bez buntu i fochów, z pełnym przekonaniem, że tak właśnie w tym momencie jest dla mnie najlepiej. Przecież On zna mnie najlepiej na świecie i kocha najbardziej na świecie.
Teraz Pan Bóg jest moim najukochańszym Tatą, a ja jestem Jego dzieckiem. To jest wspaniałe! Jestem szczęśliwa! Chwała Panu!