Jezus – Panem

Wychowałam się w rodzinie religijnej. Pan Bóg był od początku obecny w moim życiu w taki sposób tradycyjny: modlitwy, sakramenty, przykazania.

W młodości należałam do Ruchu Światło – Życie. Wtedy zaczęłam traktować Pana Jezusa jak Przyjaciela. Ale to była taka trochę dziwna przyjaźń. Rozmawiałam z Nim często, dzieliłam się swoimi radościami, kłopotami, ale i wtedy, i przez całe dorosłe życie, o tym, co mam robić i jak żyć, chciałam decydować sama. W chwilach wyborów nie pytałam Go, jak mam postąpić. Podświadomie bałam się, że Pan Bóg mi coś zabierze; może moje plany, pragnienia, marzenia, przyjemności. Obawiałam się, że poddanie swego życia Jezusowi jakoś mnie ograniczy, że On odbierze mi własną wolę. Dziś wiem, w jak wielkim błędzie byłam. Przecież Pan Bóg nie po to dał człowiekowi wolną wolę, aby ją odbierać.

Żyłam więc niejako sama, na własny rachunek i męczyłam się okropnie.
Miałam straszne dylematy przy podejmowaniu decyzji. Ile razy coś wybierałam, prawie zawsze później tego żałowałam.
Nie raz i nie dwa, podejmując złe decyzje albo postępując zupełnie bez przemyślenia, poraniłam innych i siebie. Żyłam w ciągłych obawach o przyszłość, w lęku przed złem, które może mnie spotkać.

Nasileniu uległo to wszystko w okresie przed przejściem na emeryturę. Zastanawiałam się, co będę robić, czym wypełnię czas i jak sobie poradzę bez ukochanej pracy, czy dam sobie radę finansowo. Pytania te stawiali mi inni, stawiałam sama sobie i w końcu zaczęłam pytać Pana Boga.
A On od razu udzielił mi odpowiedzi, zapraszając na rekolekcje REO. I wtedy dał mi odczuć swoją ogromną miłość do mnie. Znikły wówczas wszelkie wahania, obawy. Z wielkim zaufaniem powiedziałam Panu Jezusowi, że chcę Go przyjąć jako swego Pana, że pragnę, aby Jego wola była moją wolą, że już nie chcę żyć po swojemu.

I wszystko się zmieniło. Przestałam bać się o siebie, o swoją przyszłość, o to, co będzie za chwilę, za godzinę, za kilka lat. Przecież nad tym czuwa Pan Bóg, najlepszy, najbardziej kochający.
Zrozumiałam też, że w trudnych chwilach, przy różnych wyborach nie muszę być sama, mogę Go zaprosić do tych sytuacji i prosić o radę. Zaczęłam więc pytać Go, co mam robić, i to zarówno, kiedy chodzi o poważne sprawy, wybory, jak również wtedy, gdy chodzi o takie codzienne, zwyczajne. Teraz każdy dzień powierzam Panu Bogu i pytam, co dla mnie zaplanował na ten czas.
A On odpowiada na różne sposoby. Czasami jest to moje wewnętrzne, głębokie przekonanie, czasami są to słowa z Pisma Świętego, a czasami Pan mówi przez innych ludzi. Staram się Go słuchać, chociaż nie zawsze to jest łatwe. Ale już się przekonałam, że kiedy Go posłucham, wychodzi mi to na dobre.

Okazało się też, że niczego mi Pan Bóg nie zabrał! Nadal mam swoje plany, marzenia, ale teraz przedstawiam Mu je, prosząc, aby pobłogosławił, jeśli to jest dobre i zgodne z Jego wolą albo żeby mnie prowadził inną drogą, jeśli to jest złe. I teraz już wcale się nie złoszczę, nie żałuję, jeżeli coś się nie uda, jeśli nie pójdzie po mojej myśli. Wiem, że nad wszystkim czuwa Bóg i On wie najlepiej, jak ma być.

Jako dobry, najlepszy Pan zadbał o całe moje życie. Zagospodarował mój czas, znalazł zajęcia. Akurat tyle, żeby wystarczyło czasu na wszystko: na modlitwę, na służbę innym, na to co lubię i braku czego tak bardzo się obawiałam – mianowicie na kontakt z dziećmi i możliwość uczenia; zawsze znajduje się jakieś dziecko, które potrzebuje pomocy w lekcjach. Mam też czas na spotkania z przyjaciółmi, na własne zainteresowania, typu robótki ręczne i na odpoczynek, a także na przyjemności. Naprawdę!

Doświadczyłam i wciąż doświadczam, że Pan Bóg dba o mnie, o wszystkie moje potrzeby, nawet o sprawy finansowe. Przekonałam się, że i o tym myśli – ile razy w portmonetce widać już było puste dno, zawsze pojawiało się jakieś rozwiązanie tego problemu.
Kieruje moim życiem tak, że niczego mi nie brakuje. Wystarczyło Mu zaufać.
Ja uczyniłam to 4 czerwca 2006 r. Od tego momentu Jezus jest moim Panem. I jest mi z tym bardzo dobrze. I wiem, że tylko życie z Nim ma sens.